Yazz God. Chyba tak się to pisze. Koncert z okazji
częstochowskich juwenaliów. Generalnie Częstochowa będąca miastem kościołów,
aptek, banków i starych ludzi słabo kojarzy się z dobrym, ciężkim graniem.
Juwenalia sprawiły jednak, że dzwony zostały zagłuszone przyjemnym dla ucha
przesterem.
Zespoły grające przed zachodem mają prawdziwe wyzwanie.
Rozgrzanie publiczności która jest jeszcze w miarę trzeźwa, chowa się przed słońcem
po jakichś chaszczach, czeka na gwiazdę wieczoru, to nie lada sztuka. Tutaj
udało się to dopiero w połowie koncertu. Subkultura metali nie zawiodła,
dołączyła do nich społeczność żuli oraz zaciekawione rzesze obecnych studentów.
Co można powiedzieć o samej kapeli. Mają za sobą pół roku
grania w obecnym składzie, innymi słowy krótko. Czuć było trochę funku w jednej
z gitar, trochę Pantery w drugiej, trochę inspiracji bluesowych w basie. I
skromności Nosowskiej w wokalu. Perkusji nie czułem. Słychać, że nie wszystko
zdążyło się jeszcze dotrzeć.
Piosenki w języku angielskim, nie licząc jednej po polsku. ‘Twój
Idol’, dużo słabiej rozbudowany instrumentalnie niż inne kawałki. Trochę
śmierdziało starym, dobrym The Analogs. Może warto pomyśleć o tym by śpiew zostawić wyłącznie wokalistce?
Blues w basie. No nie pasowało mi do reszty. Fakt, nie we wszystkich kawałkach, ale no nie.
Najsilniejszym ogniwem zespołu był gitarzysta od funku.
Niejaki Grząba. Pomimo tego, że gitarę ma przewieszoną przy samej szyi jak
basista weselny, to grać dobrze potrafi, a jego wstawki i motywy
początkowe zapadają w pamięć.
Jak się podocierają, pograją, nie rozpadną – będzie fajny
reprezentant polskiego, cięższego podziemia. Czekamy.
I.
foto: www.photoblog.pl/majkjordan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz