wtorek, 15 maja 2012

Woodstock Pierwszy.




Woodstock pierwszy. Wspomnienia starych bimbrowników.


- Usiądź drogie dziecko, schowaj resztę kota do zamrażarki i podaj dziadkowi dobry, tani trunek. Khem, khem. A teraz ułóż się w trumience, dziś opowiem Ci o moim pierwszym Woodstocku. 

- Dziadku, znowu?

- Cichaj, bo nie kupię Ci pieszczochy pod choinkę - oparłem się wygodnie, wyciągając wątłe stopy ukryte w glanach (ulanych ze stopu tytanu i krwi kurcząt), po czym ułożyłem wygodnie na wzmacniaczu od wiolonczeli – to było tak. Khem, khem.

Siedzieliśmy wraz z dziadkiem K. w jego pokoju, lata temu, graliśmy na gitarach i rozmawialiśmy o dupach, poezji i dupach. Było skurwysyńsko ciepło, a przez otwarte okno wlatywały muchy i inne latające gówna. Środek wakacji. 

W poszukiwaniu materiału na papier toaletowy w naszych rękach wylądował artykuł o wyżej wymienionej imprezie. Byliśmy gówniarzami, ledwo wyrosły nam włosy pod pachami, baliśmy się jeździć autobusami, a myśl o własnoręcznym zagotowaniu herbaty przyprawiała nas o dreszcze. Pomógł nam termin. Impreza zaczynała się za dwa dni. Pojechaliśmy we dwójkę, nie znając nikogo.

I stoimy tak czekając na pociąg, obładowani mnóstwem jak się później okazało niepotrzebnych rzeczy. I pociąg podjeżdża, a my boimy się do niego wsiąść. Kilka wagonów pełnych najebanych i naćpanych ludzi. A ja miałem wtedy problem z wypiciem jednego piwa. Weszliśmy.

Pytaliśmy się ludzi, który raz jadą. Mało było Woodstockowych dziewic jak my. Nie wiedzieliśmy co będzie dalej. Czy to jakiś spisek, gdy każdy którego pytaliśmy mówił po prostu ‘zajebiście’? Pamiętam jak dziś Indianina z którym jechaliśmy. Ochrzciliśmy go tak, bo faktycznie wyglądał jak jakiś przećpany czerwonoskóry. Przekręcił awaryjne otwieranie drzwi, wsunął butelkę po winie i przekręcił ponownie, blokując wrota i dostarczając świeżego powietrza. Gdy były później otwarte, po prostu siedział na schodach. Patrzyliśmy jak zahipnotyzowani, choć pamiętam, że bałem się, że wypadnie.

Poznaliśmy kilku ludzi i w ich obstawie ruszyliśmy na pole. To była męka, szliśmy z buta. Teraz gdy nie jedziemy autem to bierzemy autobus. Opłaca się, kosztuje grosze.

Pierwsze spotkanie ze sceną, z innym światem, z inną mentalnością ludzi którzy nie mają zegarków było jak zderzenie się z tirem. Takim miękkim tirem, jakby tirem wodnym jednak wypełnionym winem. A później…

O, śpisz już - przykryłem gówniarza kołderką w pentagramy – może to i dobrze, dokończę przy innej okazji. Poczekaj aż usłyszysz o koncertach, organizacji, o scenach i o tych kobietach… Ach, dobranoc. Khem, khem.


- No, poszedł już – zuchwały smarkacz zrzucił glany, odpiął kolczyki i zamienił skórę na marynarkę – idziemy na kluby.


I.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz