Tutaj, niedaleko tego skromnego kawałka żelastwa będzie znajdowała się baza wypadowa projektu c.o.d.y. Po prostu nie widzę innej możliwości. Za dwa lata? Bez problemu.
Afrykańskie bębny za oknem hotelu wieczorową porą, tajemnice mijanych ulic i miejsc, zapach, wiara która z czasem zatarła się pod wpływem codziennych przyjemności, praca dla życia, radość, pewność siebie i bezczelność która w tym miejscu była w stanie połączyć się z romantyzmem.
Tutaj mam wrażenie, że ludzie wysysają to wszystko z mlekiem matki. I dodają do espresso.
Rasista w tym mieście nie wytrzyma. Kocioł kulturowy, czarnoskórych, turków i azjatów od groma. Od czasu do czasu pokaże się jakiś francuz w przydługich portkach, berecie czy szaliku, ale to głównie wypoczywający lub pracujący w knajpie. Może nam podać takie specjały jak niżej na przykład. Naturalnie nie tylko ślimaczka, żabkę, ale i dobrze przyrządzoną krówkę.
Co ciekawe konsumpcja tych małych, śliskich żyjątek nie pochodzi od sfer wyższych i ich wybujałych wyobraźni. Wcinanie co popadnie było domeną biednego, wyposzczonego francuza w okresie głodu. Jedli co popadnie, a tego było najwięcej. No i nauczyli się z czasem dziadostwo przyprawiać. Swoją drogą winniczki importują od nas. Czuć, że z Polski.
Gdzieś między tabunami turystów, knajp, żarcia i wina znajdują się także zabytki na które warto rzucić okiem. Mamy jakąś katedrę, zaś przed nią i w niej milion ludzi, żelastwo o zachodzie słońca, budynek opery, ze trzy zdjęcia z Luwru. Dwa z gratami ze środka i jedno z widokiem na piramidę. Ogólnie jak kto lubi, mi wystarczyłoby wałęsać się tymi uliczkami, od czasu do czasu popatrzyć na jakiegoś gościa z pędzlem i beretem, zgubić się w labiryncie kawiarni i odnaleźć w ramionach jakiegoś dobrego rocznika.
Na przykład w okolicach tego miejsca.
Moulin Rouge, kabaret w dzielnicy czerwonych latarni. Właśnie pod tym wiatrakiem wynaleziono kankana.
Nic tylko odkładać pieniążki i wracać tam. Możliwie najszybciej!





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz