Siedziałem na krawędzi, a przede mną rozlegał się widok na
najbliższe ulice. Na tej wysokości zabawnie było majtać nogami. Wiatr pomagał
przy tym majtającym ruchu. Wiecie o co chodzi.
Dach tego pięcio, może sześciu poziomowego budynku wyłożony
był papą która wciąż jeszcze była ciepła od słońca, a monotonny szum
przejeżdżających samochodów sprawiał, że człowiek wchodził w wyjątkowo spokojny
stan. Taki do przemyśleń dobry. Wiecie o co chodzi.
Zadzwoniła winda i po chwili przy mnie znalazła się Ona.
Moja muza. Muza, znaczy się. Usiadła obok, podała mi drinka i odpaliła papierosa.
- Chcesz jednego? – zapytała.
- Wiesz, że nie palę.
- Pytam z grzeczności.
W odpowiedzi spróbowałem drinka i spojrzałem w jej radosne
oczy. Kilka zaborczych kosmyków starało się zachować to spojrzenie dla siebie.
Odgarnąłem je nieśmiało. Spłynęły kaskadą na czarną sukienkę. Wiecie o co
chodzi.
- Co tutaj robisz? – zapytała.
- Prowokuję Cię.
- Tak nigdy do niczego nie dojdziemy.
Spojrzałem na nią zaintrygowany.
-
Jeśli będziesz szukać Muzy to zapijesz się na śmierć. Wiesz jak kończą Ci
którzy mnie gonią? Szybko umierają. Żyją też szybko, to fakt. Odnoszą wielkie
sukcesy kosztem swojej gonitwy. Ciągłe bodźce. Ciągłe pompowanie emocji do
głowy. Prochy. Kobiety. Wiesz o co chodzi.
-
To jaka jest prawidłowa droga? – zapytałem.
-
Myślisz, że pokażę Ci ‘prawidłową’ drogę? – zapytała ironicznie – od czego
piękniejsze są niesamowite biografie twórców i artystów, kroczących po cienkiej
linii między szaleństwem a śmiercią? Starych, niedołężnych ludzi którzy
grzecznie dożywają starości? Kocham żyć krótko, umierać młodo, wyciskać życie
jak dojrzałą pomarańczę, albo… wiesz o co chodzi.
- No to co mam zrobić?
Muza kucnęła za mną i szeptała mi do
ucha.
- Sam musisz wybrać. Sam musisz
zdecydować, czy gdy zejdę na dół – pójdziesz powoli za mną, z bojaźnią w oczach, eksplorując pokoje w narzuconej kolejności. Ktoś może Cię tam zatrzymać. Może zostaniesz na
którymś z pięter ze strachu przed kolejnymi.
A może pobiegniesz za mną, klatką
schodową? Będziesz blisko, może obijesz sobie łokcie, może upadniesz,
może zmasakrujesz się na którymś z zakrętów? Ale będziesz blisko. Co kilkanaście schodów złapiesz mnie za rękę i przyszpilisz do ściany.
Będziesz
czerpał.
Wyrwę się szybko, ale w tym czasie weźmiesz tyle ile zdołasz udźwignąć.
I odeszła.
...
Siedziałem na krawędzi, a przede mną rozlegał się widok na
najbliższe ulice. Na tej wysokości zabawnie było majtać nogami. Wiatr pomagał
przy tym majtającym ruchu. Wiecie o co chodzi.
...
Dopiłem drinka i skoczyłem.
...
I.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz