Niedawno był zapach października, a tu ni z tego ni z owego
nastał grudzień.
Przyszedł czas kataru, wkładania grubych, wełnianych gaci,
błota w tramwaju i czekania na opóźnione pociągi opóźnionych instytucji.
Wszystko będzie okraszone tym białym, komercyjnym wytworem przestworzy,
cudownymi płatkami śniegu które spadając w miastach przyjmą konsystencję błota.
Ewentualnie jak najebie po pas to puch będzie szary od spalin i smrodu miasta, zaś sól rozsypywana na ulice będzie żreć nadwozia naszych pięknych pojazdów.
Ewentualnie jak najebie po pas to puch będzie szary od spalin i smrodu miasta, zaś sól rozsypywana na ulice będzie żreć nadwozia naszych pięknych pojazdów.
I znów położysz się w parku robiąc orły czy też anioły z
cichą nadzieją, że pod tą subtelną warstewką białego puchu nie nasrał jakiś
pies, pokłócisz się z rodziną przy zakładaniu anielskich włosów na drzewo które
wysypie na wypucowaną podłogę wiadro klejących się od żywicy igieł. Przyjdzie czas bólu pleców po
odśnieżaniu, kruszenia czaszki uroczego karpia z wanny, zaś słońce zobaczysz
między 14.00 a 14.30. Jak dobrze pójdzie. W telewizji.
Fakultatywnie
Majowie jebną nam jakąś apokalipsą, albo petarda kupiona u ruskich nie poleci
we właściwą stronę.
Pozostaje wierzyć i czekać.
W sumie to lubię ten grudzień.
Grudzień 2012,
I.
Wiernie uwielbiam.
OdpowiedzUsuń