Zamawiam od wejścia, i z upragnionym trunkiem w dłoniach rozglądam się za jakimś miejscem.
Zazwyczaj oprawa knajpy żeglarskiej kojarzy się z nadmorskimi
smażalniami ryb, a właściciele najchętniej wrzuciliby całą łódź w
towarzystwie dwóch wielorybów i tuzina marynarzy w celu ‘budowy klimatu’. Tu, zarówno meble jak i żeglarskie smaczki są dozowane ze smakiem i gustem.
Chwila przerwy, Kaper napiera na pęcherz. Wchodząc do łazienki, nieco
zdezorientowany szukam włącznika światła. Zapala się samo. Magia. Myję
rączki i wychodzę z uśmiechem. Czysto, schludnie. Podstawa jest.
Tawerna jest dwupoziomowa, po zejściu schodami trafiamy do
przytulnej piwnicy. Słyszałem opinię, że zapach również zmienia się na
piwniczny, jednak sam nie odczułem jakiejś różnicy, i z całą pewnością nic mi nie przeszkadzało.
Miałem nadzieję trafić na wieczór ze śpiewaniem szant, który ponoć
odbywa się w tym miejscu raz na jakiś czas, niestety nie dane mi było go
posmakować. Mignął mi się również plakat jakiegoś zespołu mającego
zagrać w tym miejscu. Władze knajpy angażują się, chwała im za to. Jest muzyka, są koncerty, są kobiety. Czego więcej chcieć?
Co z przekąskami? Próbowałem tostów. Są fantastyczne.
(Nie wiem na czym polega ich fenomen, ale zamienię je za wiadro kawioru które służba dostarcza mi na niedzielne kac - śniadanie.)
(Nie wiem na czym polega ich fenomen, ale zamienię je za wiadro kawioru które służba dostarcza mi na niedzielne kac - śniadanie.)
Iluzjonista.
