Dzień drugi grillowania. Koncert Lipali i Pezeta.
Sprawozdanie z imprezy macie w poprzedniej notce, pominę
detale bo zmieniło się niewiele. Dziś skupiamy się na występach tych dwóch
kapel. Zacznę od braku informacji o jakichkolwiek godzinach w których można
spodziewać się było kapeli. Straszny chaos, nikt o niczym nie wiedział.
Profilaktycznie zjawiliśmy się milion godzin wcześniej.
LIPALI
Cóż, odwołuję wszystkie złe słowa
jakie powiedziałem w związku z Lipą.
Miałem pewne uprzedzenia i wspomnienia w związku z kapelą.
Słuchając ich po raz pierwszy trafiło się oberwanie chmury,
i wraz z K. trzymaliśmy namiot coby nam nie odleciał z wiatrem, byliśmy podtapiani
deszczem, wychłodzeni przez wiatr, głodni, spragnieni, itd. W każdym razie od tamtej chwili minęły cztery
lata z hakiem, później też gdzieś ich widziałem i coś słyszałem, ale było słabo.
Bynajmniej tak zapamiętałem.
Pomimo tego nagrania przesłuchałem, zaś kawałki z płyty 'Bloo' na stałe wryły mi
się w setlistę. Ze słuchawek było w porządku.
No i na koncercie pojawił się mój ulubiony Jeżozwierz,
sentymentalnie wygrzebuję ze wspomnień bus zmierzający na koncert, w bagażniku
gitara, pod nogami wzmacniacz, a w mp3 na przemian ‘Upadam’ i właśnie wspomniany tu ‘Jeżozwierz’.
No i bałem się, że nie udoi na żywo.
Udoił.
Wczoraj, niezależnie od wspomnień było godnie.
Nade wszystko – mięsiste riffy, przy których człowiek aż
pragnie headbangingu.
I lubię nawet te ich
cholerne, piszczące przestery. I tą siłę rozgrzewającą ludzi. Publiczność
najwyraźniej również, gdyż nie wychłodził ich nawet kwas Kulika, basisty, gdy
spieprzyło mu się coś z kablem. Cytując
Lipę ‘Skucha jak chuj’.
Dzielnie grali dalej, jak przystało na starych wyjadaczy.
Oficjalnie zakończyli kawałkiem ‘Nóż’, podświadomie wiedziałem jednak, że bez
‘Upadam’ nie wyjdą. No i stał się bis, i stało się ‘Upadam’. Genialnie.
Na wykończeniówkę dostaliśmy szybkie, dobre ‘Od dechy
do dechy’ z przedstawieniem zespołu i wcale dobrą solówką perkusji. Godny
koncert, wbrew powszechnie panującym opiniom Lipa pomimo wieku nie dziadzieje.
Z ciekawostek: zagrali kawałek który ukarze się na ich nowym,
jesiennym krążku. Stylistyką nie odbiegał od wcześniejszych dokonań kapeli,
świetnie wpasowywał się w klimat koncertu. Będzie czego słuchać.
PEZET
No i stał się koncert Pezeta. W sumie to Pezeta i Małolata.
Trwał równiuteńko godzinę. Cóż, nawet mieli w tym bisy uwzględnione, godna
pochwały przezorność.
Brat Pezeta, Małolat dzielnie dotrzymywał mu kroku. Dostaliśmy
soczysty podkład na żywo od ‘Radia Error’ plus Dj. Panda. Nie wiem kto to, ale podobała mi się ksywka.
Fakt, że moja jest dużo gorsza, ale i tak słabo.
Muzyka, zwłaszcza brzmienia gitarowe doskonale wtopiły się w
klimat tworzony przez teksty i styl braci. Dynamika, silny kontakt z
publicznością. Wiedzieli po co tu przyjechali i dla kogo są. Ceni się.
A ludzi od cholery
naszło, zobaczyć za darmo rapera z mediów.
Wszyscy oczekujący na utwory z albumu ‘Muzyka Emocjonalna’
mogli by nie przychodzić. Pezet na ten koncert przygotował set złożony głównie
z kawałków dla starszych wyjadaczy. Również byłem nieco zawiedziony, choć
logicznym było, że takie zagranie było wcześniej dobrze przemyślane. Wpasować się w
klimat imprezy studenckiej, nie chłodzić ludzi.
Kawałek ‘ Dopamina’. Na nim dynamika sięgnęła
szczytu, można było odczuć jak ładuje się wewnętrzny akumulator. ‘Noc i dzień’ z muzyką na żywca ‘Radia Error’ nabrał nowego sensu.
Nie brzmiało wreszcie jak cover ‘Blinded by the Lights’ brytyjskiego 'The Streets'. W utworze brakowało wyśpiewania refrenu, cóż, z drugiej
strony jakby wszystko było tak jak na płycie, to na cholerę chodzić na
koncerty. Wreszcie brzmiało jak osobny, porządny utwór.
Dwa dobre koncerty, dwa zespoły złożone z profesjonalnych
artystów, dwa zespoły które wiedzą jak dać nam to co chcemy. Ale po hot – dogi to
trza by ze dwie godziny stać. Nie ma, że idealnie.
Iluzjonista.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz