Koncert Vavamuffin w ramach konińskich Juwenaliów.
Nie trzeba było długo namawiać, w końcu za darmo.
Nie trzeba było długo namawiać, w końcu za darmo.
Świadomie pominę organizację imprezy, nie przyglądałem się,
nie było mnie wcześniej, przyjechałem wyłącznie na koncert. Koncert nawiasem
mówiąc zaplanowany na 22.00. Oczywiście na gwiazdy zawsze się czeka, czyli dostaliśmy
w prezencie czterdziestominutowe opóźnienie z okazji strojenia. Było delikatne
rozdrażnienie z okazji dość chłodnej pogody, jednak w chwili wyjścia i
rozgrzewki składu, krótkie wyjaśnienie i szczere ‘przepraszam’ z ust Pablopavo
wynagrodziło nam ten czas.
No i znów posmutniałem, bo scenę zasłoniła mi kobieta
postury King – Konga, zwrotności Titanica i masie czerwonego nadolbrzyma Mira_Kloc z gwiazdozbioru Wieloryba.
Zaczęło się od krótkiego wstępu z motywem Marszu
Imperialnego. W wersji reggae jeszcze nie słyszałem. Chłopaki mają ogromne pokłady
zaraźliwej energii którą chętnie chłonęła publika.
Przypomniało mi się gdy usłyszałem ich po raz pierwszy na
koncercie w Poznaniu, mniej więcej dwa lata temu. Wtedy było cienko. Akustyk
spieprzył i problemem było wyłapanie jakiegokolwiek słowa zwłaszcza przy dużej
nieznajomości tekstów. A wtedy nie znałem żadnego.
W Koninie takich problemów nie było, sprzętowy, zarówno
akustycy jak i reszta składu poradzili sobie doskonale. Oj, zapomniałbym i
przesłodził. Maszynka do robienia dymu pracowała na tak wysokich obrotach, że
wydawało się, że cały Babilon płonie. Fragmentami nie było widać chłopaków,
ktoś przesadził. Światła bardzo dobre, pomoc techniczna wyszkolona w każdym
calu. Na jednym z kawałków nawet kieliszki przynieśli.
Co do używek, to co kilka metrów czuć było charakterystyczny
zapach świeżo koszonej trawy.
Energia, więcej o energii. Genialny kontrast skaczącego i porywającego
tłumy Reggaeneratora i mojej ulubionej postaci w Vavamuffin, stacjonarnego ale
jakże charakterystycznego (i sympatycznego!) Gorg’a. Słuchając ich tekstów oraz
czując radość z tworzenia muzyki, szeroki uśmiech automatycznie rozkwita na twarzy.
Przed każdym utworem
słyszeliśmy filozoficzną lub historyczną reggae dygresję z ust Pablopavo, zaś
po całym koncercie czułem, że moja wiedza na temat tego gatunku poczyniła
ogromny krok w przód. I takie moje odczucie… Kawałki po angielsku są niezłe, jednak
te polskie wydają się być bardziej szczere, bardziej przemawiające do serc prostych,
szarych słuchaczy.
O, i dostaliśmy hiciory na bis. Malinowa mamba, Hooligan
Rootz.
No i na wykończeniówkę, przed samymi fajerwerkami, wszyscy
nucili ‘Bum Szakalaka’.
Chłopaki z Vavamuffin, choć wcale nie najmłodsi naładowali nasze akumulatory swoim zielonym
wokalem. Spełnili swoje zadanie i c.o.d.y. daje przyzwolenie na szerzenie nauk
Jah w innych miastach. Do zobaczenia.
Iluzjonista.
foto: www.photoblog.pl/majkjordan

REWELACYJNIE NAPISANE!!!!!!!!!!!!
OdpowiedzUsuńN.
Rewelacyjny komentarz na ten męczący dzień (;
OdpowiedzUsuń