niedziela, 13 maja 2012

Koncert Vavamuffin.



Koncert Vavamuffin w ramach konińskich Juwenaliów.
Nie trzeba było długo namawiać, w końcu za darmo.


Świadomie pominę organizację imprezy, nie przyglądałem się, nie było mnie wcześniej, przyjechałem wyłącznie na koncert. Koncert nawiasem mówiąc zaplanowany na 22.00. Oczywiście na gwiazdy zawsze się czeka, czyli dostaliśmy w prezencie czterdziestominutowe opóźnienie z okazji strojenia. Było delikatne rozdrażnienie z okazji dość chłodnej pogody, jednak w chwili wyjścia i rozgrzewki składu, krótkie wyjaśnienie i szczere ‘przepraszam’ z ust Pablopavo wynagrodziło nam ten czas. 

No i znów posmutniałem, bo scenę zasłoniła mi kobieta postury King – Konga, zwrotności Titanica i masie czerwonego nadolbrzyma Mira_Kloc z gwiazdozbioru Wieloryba.

Zaczęło się od krótkiego wstępu z motywem Marszu Imperialnego. W wersji reggae jeszcze nie słyszałem. Chłopaki mają ogromne pokłady zaraźliwej energii którą chętnie chłonęła publika.
Przypomniało mi się gdy usłyszałem ich po raz pierwszy na koncercie w Poznaniu, mniej więcej dwa lata temu. Wtedy było cienko. Akustyk spieprzył i problemem było wyłapanie jakiegokolwiek słowa zwłaszcza przy dużej nieznajomości tekstów. A wtedy nie znałem żadnego.

W Koninie takich problemów nie było, sprzętowy, zarówno akustycy jak i reszta składu poradzili sobie doskonale. Oj, zapomniałbym i przesłodził. Maszynka do robienia dymu pracowała na tak wysokich obrotach, że wydawało się, że cały Babilon płonie. Fragmentami nie było widać chłopaków, ktoś przesadził. Światła bardzo dobre, pomoc techniczna wyszkolona w każdym calu. Na jednym z kawałków nawet kieliszki przynieśli. 
 
Co do używek, to co kilka metrów czuć było charakterystyczny zapach świeżo koszonej trawy.

Energia, więcej o energii. Genialny kontrast skaczącego i porywającego tłumy Reggaeneratora i mojej ulubionej postaci w Vavamuffin, stacjonarnego ale jakże charakterystycznego (i sympatycznego!) Gorg’a. Słuchając ich tekstów oraz czując radość z tworzenia muzyki, szeroki uśmiech automatycznie rozkwita na twarzy.

Przed każdym utworem słyszeliśmy filozoficzną lub historyczną reggae dygresję z ust Pablopavo, zaś po całym koncercie czułem, że moja wiedza na temat tego gatunku poczyniła ogromny krok w przód. I takie moje odczucie… Kawałki po angielsku są niezłe, jednak te polskie wydają się być bardziej szczere, bardziej przemawiające do serc prostych, szarych słuchaczy.

O, i dostaliśmy hiciory na bis. Malinowa mamba, Hooligan Rootz.
No i na wykończeniówkę, przed samymi fajerwerkami, wszyscy nucili ‘Bum Szakalaka’.

Chłopaki z Vavamuffin, choć wcale nie najmłodsi  naładowali nasze akumulatory swoim zielonym wokalem. Spełnili swoje zadanie i c.o.d.y. daje przyzwolenie na szerzenie nauk Jah w innych miastach. Do zobaczenia.


Iluzjonista.
foto: www.photoblog.pl/majkjordan
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

2 komentarze: