Siedziała w oknie paląc papierosa. Tak zaczyna się moja baśń. Niewiele z takich baśni opiera się na rzeczywistych wydarzeniach, za to większość ma morał. Jak zwykle nie
dostaniecie u mnie ani prawdy ani morału, macie wręcz gwarancję, że to czysta, zmyślona, bezrozumna prawda.
Ciem położył się wygodnie na zaśnieżonym parapecie i otulił
skrzydełkami, zaś czynił to wszystko nie odrywając wzroku od maleńkiego
punktu za szkłem. Przyciągał go jego blask i potrzeba ciepła. Widział światło
na końcu papierosa i nikły kontur postaci. Nie przejmował się tym. Chciał po
prostu być jak najbliżej.
Tak naprawdę nikt nie wie czemu ćmy lecą w kierunku światła.
Po prostu lecą. Czyż nie jest głupotą połączenie ich nocnego trybu życia i bezustannego
pragnienia światła? Trochę komplikują.
Wiecie jak kończy się ich romantyczna misja. Spalają
się w ogniu kończąc swój żywot w chmurze dymu zmieszanego z popiołem, wędrując w chwale i
majestacie ku niebu. Albo napierdalają owadzimi głowami w lampy próbują dostać
się do czegoś, co je zabije, zrani lub poparzy. A jednak próbują. I uciekają
przed światłem dnia. Czyżby bały się, bały się, że oszaleją, że stracą cel, że
stracą orientację, że zgubią się. A może są po prostu głupie?
W kolejnych oknach zapalały się światła papierosów. Młode,
niegrzeczne dziewczęta, paliły papierosy chowając się nocami w oknach swoich
sypialni. Ciem patrzył na je wszystkie i szalał. Chciał ogarnąć wszystkie swoim
owadzim wzrokiem latając od okna do okna w tą mroźną, zimową noc. Kiedy
nadchodził poranek i światło miało ogarnąć świat, zziajany i zmęczony udawał
się na spoczynek do swojego owadziego domku, znikając w jego wnętrzu gdy
pierwsze, ciepłe promienie miały sięgnąć ziemi.
Gdy odpocznie, wróci tu znów. Musi przecież dostać się do
swojego wymarzonego, nieosiągalnego tworu. Do światła.
Dobranoc.
Chyba nadaje się na dobranockę.
I.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz