Dziś wylądowałem w Buddha Barze. Miejsce ocieka prestiżem i patosem. Wchodzimy jak przodownik
pracy, po czerwonym dywanie. Bramka wita nas dziś przyjacielsko, cena za
wejście równie przyjacielska. W szatni zaś trafiłem na najmilszych ludzi na świecie.
Idziemy dalej i trafiamy do serca klubu. Cóż. Uwielbiam ten pierdolisty posąg
buddy na środku. Zdarzyło mi się na nim tańczyć, acz by naśladować ten wyczyn
polecam przygotować się do szybkiego sprintu.
