Dziś wylądowałem w Buddha Barze. Miejsce ocieka prestiżem i patosem. Wchodzimy jak przodownik
pracy, po czerwonym dywanie. Bramka wita nas dziś przyjacielsko, cena za
wejście równie przyjacielska. W szatni zaś trafiłem na najmilszych ludzi na świecie.
Idziemy dalej i trafiamy do serca klubu. Cóż. Uwielbiam ten pierdolisty posąg
buddy na środku. Zdarzyło mi się na nim tańczyć, acz by naśladować ten wyczyn
polecam przygotować się do szybkiego sprintu.
Parkiet. Jest jeden. Konkretny, wyjebany jak stodoła parkiet
otoczony lożami. Nie ma miejsca na boku w którym potańczysz z wilgotną wybranką,
ni labiryntu korytarzy, ni cichego zaułka. Jest kolumna. No cóż. Trzeba usiąść. Tu sytuacja diametralnie się zmienia, jest poczucie
komfortowego ukrycia. Loże są naprawdę dobrze zrobione, zwłaszcza te na dole. Wygodne,
ukryte w cieniu miejscówki do intymnej rozmowy z wybranką wieczoru. Tylko
głośno jak skurwysyn, trzeba zdzierać gardło. Rzadziej otwierane loże na
piętrze, są idealne do wysączenia browara i wczucia się w atmosferę przed wejściem
na parkiet.
Te słowa zaś piszę z tarasu na którym usiadłem na chwilę,
zmęczony pisaniem bloga oczywiście. Taras jest zaprawdę spory. Można odpocząć
od zapachu potu, tanich perfum i porozmawiać. Będąc tu ostatnim razem, zimą, był tu ogromny namiot
chroniący przed lodowym powiewem. Genialne w swojej prostocie. Łazienka męska: uwielbiam drewniane gówna oddzielające
pisuary. Romantycznie jak jasny chuj. W kiblach trochę syf, ale da się to
zrozumieć w tych godzinach.
Ingerencja obsługi? Rozłożyłem się z buciorami na stół, ktoś
uprzejmie zwrócił mi uwagę. Pewnego razu usnąłem, zmęczony życiem. Miałem równie
uprzejmą pobudkę. Uprzejmą ale stanowczą.
Jak widać trafili z imprezą, idealna dla mnie.
Z pewnością jest to klub profesjonalny, na poziomie. Powinien
znaleźć się na liście Poznań - konieczne do odwiedzenia. I nie mówię tu tylko o
zabawie, a o doświadczeniu świetnie skomponowanej atmosfery. Godny polecenia.
Iluzjonista.

