Gdzieś w połowie drogi na piwo okazało się, że jest ważny
mecz. Jakiś geniusz wpadł na to, by
połączyć psucie organizmu alkoholem oraz oglądanie spoconych mężczyzn w pubie
pełnym spoconych mężczyzn, i tym sposobem trafiliśmy do Musztardy. Zmysły
ratowała tylko Pani za kontuarem. Była kobietą.
Wchodząc możemy rozpatrzeć wycieczkę na koncert, ściany na
wejściu są oklejone plakatami zapraszającymi na wszelakie eventy. Nie da się
ukryć, że są bardzo otwarci jeśli chodzi o występy młodych kapel. Pub się
angażuje i to się ceni.
Pub pełny ludzi, wszyscy wpatrzeni w rzutnik,
podekscytowani jak przy pierwszym goleniu. Zwolniło się coś, siadamy! Albo
inaczej: siadamy. Krzesła w tym miejscu są cholernie niewygodne, albo ja mam
jakieś uczulenie. Z bólem dupy siadam, by po chwili wstać i z ulgą coś zamówić.
Między krzesłami strasznie ciężko się przedostać, przy takiej ilości ludzi jest
to niemożliwe bez rozstawiania plebsu po kątach. Zamówiłem u jedynej kobiety w odległości
kilometra Żywca z nalewaka. Dostałem piwo bez szczególnych uprzejmości, ale
chyba ją rozumiem. Jakbym podawał takie piwo, też z uczciwości nie byłbym
wylewny. Beznadziejne pół litra browara. Albo odkształcenie dupy rzuciło
mi się na zmysł smaku, albo faktycznie było z nim coś nie tak. Po konsultacji,
nie było to tylko moje zdanie.
Oprawa jest w porządku, klimat jest w porządku,
zaangażowanie jest w porządku. Pierdoły sprawiają jednak, że to miejsce nie
zyska tak łatwo mojej aprobaty, i nie powiem żeby chciało mi się tam wracać.
Iluzjonista.
